Zamknijcie na chwilę oczy. Przenieśmy się do Barcelony.
Jest duszny, pełen emocji wieczór kilka miesięcy temu. Siedzę w małym, nabitym ludźmi tablao – tradycyjnym klubie flamenco. Światła przygasają, słychać tylko nerwowy oddech widowni. Nagle ciszę przecina ostry dźwięk gitary, a zaraz potem surowy, przeszywający śpiew.
I wtedy na scenę wchodzi ONA. I zaczyna się magia.
Ten kontakt na żywo z prawdziwymi, andaluzyjskimi artystami był czymś absolutnie fascynującym. To nie był zwykły taniec. To była walka, namiętność, czysta, nieskrępowana ekspresja! Czułam, jak podłoga wibruje od uderzeń obcasów. Moje własne nogi mimowolnie wystukiwały ten szaleńczy rytm, a serce biło szybciej z każdym obrotem tancerki.
Brawom nie było końca. Ale kiedy wyszłam stamtąd w ciepłą, hiszpańską noc, wiedziałam jedno: Muszę to namalować. Muszę spróbować zamknąć tę dziką energię w ramach płótna.
Tak narodziła się moja "Czerwona Róża" tancerka flamenco .
Wiedziałam, że gładka farba nie wystarczy, by oddać to, co czułam w Barcelonie. Ten taniec potrzebował ciała, potrzebował struktury! Dlatego sięgnęłam po technikę impasto.
Spójrzcie na tę czerwień. To nie jest płaska plama koloru. To grube, "mięsiste" warstwy farby. Nakładałam je dynamicznymi, szybkimi ruchami pędzla i szpachli, starając się naśladować wirujące falbany jej sukni. Chciałam, żebyście patrząc na ten obraz, niemal słyszeli szelest materiału i czuli ten pęd powietrza.
Czerwień sukni eksploduje na płótnie, kontrastując z ciepłym, impresjonistycznym tłem w odcieniach żółci i błękitu. Celowo pozostawiłam tło lekko rozmyte – bo kiedy ona tańczyła, cały świat wokół przestawał istnieć. Liczył się tylko ten wir.
Czerwona róża we włosach, ten ekspresyjny gest uniesionych ramion... to wszystko echa tamtej nocy. To symbol ognia hiszpańskiej duszy, który wtedy poczułam i który teraz oddaję Wam.
zajacaldona65@gmail.com