Sztuka w naszych czasach jest nie tylko sztuką. Nie ma już tego etosu, tej samotnej, odważnej walki z ideą, materią i czasem. Dziś mamy rynek, mamy cyfrowe galerie, mamy algorytmy, które decydują, co zobaczymy. I mamy nieskończoną liczbę „dzieł” rzuconych na wyświetlacze naszych telefonów, gdzie za każdy z tych aktów kliknięcia płaci się często większą cenę niż za samo dzieło. Bo wartość — według współczesnych kanonów — to po prostu liczba zasięgów.
Zstanawia mnie, kiedy doszło do tej cichej rewolucji, gdzie pytanie „czy to ma wartość?” zostało zastąpione pytaniem „ile za to dostaniemy?”. Kolekcjonerzy sztuki, kiedyś bardziej przypominający zagubionych Don Kichotów polujących na unikalne dzieła, dziś stają się bardziej przypisani do cyfr i strategii inwestycyjnych niż do zachwytu nad samym dziełem. Tak jakby rynek sztuki stał się po prostu kolejną giełdą, gdzie na wieść o nowym twórcy mówi się przede wszystkim „kupuj, póki nisko stoi”.
Zastanawiam się więc, czy ta era inwestorów nie zabrała sztuce jej ulotnej, ale jednocześnie tak bardzo namacalnej siły. Kiedyś obraz wiszący w galerii mówił: „Zatrzymaj się. Pomyśl”. Dziś to tylko „Polub. Udostępnij. Kup”. Wielu z tych nowych kolekcjonerów przychodzi po sztukę tak, jakby wkraczali do ekskluzywnego klubu, gdzie dzieło jest już bardziej metką niż emocją, bardziej podpisem na aukcji niż rozmową z własną podświadomością.
Czy ktoś w tym nowym świecie pamięta jeszcze, że sztuka jest sztuką, bo niesie coś więcej niż zysk? Bo przypomina nam, że piękno ma swoją cenę, ale nie musi być ona mierzona w walucie? A może, jak zwykle w historii, po prostu przesadzam? Może ten nowy pęd to jedynie kolejny etap? Może to tylko „kliknięcie” w tę stronę, które nasuwa pytanie: ile z tego wszystkiego, co dzisiaj nazywamy sztuką, naprawdę nią jest?
Być może nigdy nie poznamy odpowiedzi.